Wizja

odc. 1
– Koniec świata! – westchnął Heniek.
– Nie łam się – nieporadnie pocieszyła go Klara. Właściwie to nie pocieszyła. Próbowała jedynie. Żeby jakoś to wyglądało, klepnęła go po plecach. Heniek miał plecy. Ona była podwieszona.
– Tragedia – wymamrotał. Nie patrzył w dół. Ale ona spojrzała. Tego się nie robi. Z osiemdziesięciu metrów niewiele było widać. Przeżegnała się.
– Co robi… – zaczął Heniek. – Straciłem ją – dokończył. Z osiemdziesięciu metrów nie usłyszał pacnięcia. Nie patrzył w dół. Nie wiadomo, na co liczył.

Mieczysława nie włączyła telewizora, jak to miała w zwyczaju. O końcu świata się nie dowiedziała.

Wszystko zaczęło się od mgły, ale nie wracajmy do tego. Co znaczy początek w obliczu końca? I to końca świata.
Trzeba myśleć konstruktywnie – pomyślał obrazowo raczej, niż słowami. Obraz jest językiem wszechświata. Podobnie jak muzyka. Jak koniec, to koniec. I tak nikt mnie nie lubił. Po prostu miałem plecy. I twardą dupę – ciągnął. Wciąż jakby bez słów. Co znaczą słowa w obliczu końca?
– Tak że ten… – jednak się odezwał. Spocona dłoń pod ciężarem ciała przesunęła się o kolejny milimetr. – Nie utrzymam się.
Poręcz nie była śliska. Była chropowata i gdzieniegdzie podrdzewiała. Z każdym milimetrem jakaś metalowa drzazga wcinała się pod naskórek. O tym też pomyślał, choć jak widać nie w porę. Myśli tej nie zwerbalizował.

Poczuła ssanie w żołądku. Odłożyła książkę. Spojrzała w stronę okna. Ciemno, jak na tę porę dnia, zauważyła. Ani to odkrywcze, ani oryginalne. Za oknem wielu już spostrzegło, że mało co widać. Zaparła się na chudych rękach, fotel skrzypnął. Zamarła. Siedem wymiarów? Jednocześnie prostopadłych? To da się zrobić.
Podniosła się. Siedemnastoletni umysł działał jak należy. Idea zaświtała jednak jakby wbrew zasadom. Wyindukowana znikąd?

Z zamarcia wytrącił ją dzwonek.
Mama dzwoniła.
– Czytasz, córeczko? – zwerbalizowała palącą kwestię.
– Właśnie przerwałam, głodna jestem.
– Nie teraz. Przegapisz najważniejsze!
– Co się dzieje? – zainteresowała się Mieczysława, grzebiąc pośród jogurtów. Lodówkę przydałoby się umyć. Gdzie ten kot?
– Koniec świata był!
– Teraz?! O, psia jucha. Wracam do książki.
Rozłączyła się. Wybiegła z kuchni, przemykając przez przedpokój, rzuciła kiełbasę w kąt. Kot znajdzie. Z impetem wskoczyła w fotel. Otwarta pośpiesznie książka niczego już nie pokazywała. To był już koniec. Leciało posłowie.

– In principio erat Verbum – zwerbalizował Heniek. Wisiał. – Ja pierdzielę, jestem mistrzem suspensu u końca świata. A wszystko zaczęło się od… Na początku było Słowo. U podstaw świata był Logos. Był i jest. „Ja jestem Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Alfa i Omega”.
– No tak – walnął się w czoło wolną od Klary ręką, bo gesty to też słowa. – Ostatni będą pierwszymi!
Wisiał. Nie działo się nic. Strużka krwi spływała z dłoni – tej którą się trzymał. Drzazga znów wryła się głębiej.
– Inni mają gorzej – pocieszył się. I przyszło olśnienie. – Całe życie żyłem życiem innych. Według ich planu. Teraz w obliczu końca zrobię coś swojego. Coś, o czym zawsze marzyłem. To już ode mnie zależy, jak przeżyję czas, który mi pozostał.

Leon

FacebookTwitterGoogle+Podziel się